Wzrośnie znaczenie marek na rynku nieruchomości
 Oceń wpis
   

W języku chińskim słowo „kryzys” jest  oznaczany za pomocą połączenia dwóch znaków – pierwszy z nich oznacza niebezpieczeństwo, drugi zaś szansę. Wymiar tego faktu jest o tyle istotny, że w kontekście działalności agencji nieruchomości kryzys nie musi oznaczać stagnacji. Agencje  przecież zarabiają wtedy, gdy ceny rosną (wyższe prowizje od poszczególnych transakcji), jak i wtedy, gdy na rynku pojawiają się spadki (niższe prowizje są rekompensowane przez większy obrót). I w rzeczywistości tak jest. Dodatkowo, wysokość wpływów z obrotu nieruchomościami nie jest jedynie pochodną koniunktury na rynku. Wygrywają agencje, które w atrakcyjny i nowoczesny sposób potrafią zachęcić uczestnika rynku nieruchomości do skorzystania z usług specjalisty. To ważne, w sytuacji, kiedy większość transakcji jest zawierana bezpośrednio.

Marki na rynku nieruchomości zyskują
na znaczeniu

Jeśli spojrzymy na tempo rozwoju sieci biur nieruchomości i prześledzimy zwiększanie się liczby jednostek franczyzowych w największych sieciach, można by postawić tezę, że przedsiębiorcy mają silne zaufanie do rozwoju swojego biznesu w oparciu o branżę nieruchomości. Dodatkowym motorem do rozwoju pośrednictwa będą zmiany przygotowywane w ramach ministerialnej dereglamentacji zawodów, w ramach których pośrednikiem mogłaby zostać osoba z podstawowym wykształceniem i legitymująca się oświadczeniem o niekaralności. Obecnie kandydat musi posiadać wyższe wykształcenie, skończyć studia podyplomowe, praktyki i przejść pozytywnie weryfikację dokumentacji. Popadniemy więc ze skrajności w skrajność.

Pomijając dyskusje nad zasadnością takich drastycznych zmian dereglamentacja zawodu pośrednika  stawia nowe wyzwania dla osób, które zajmują się obrotem nieruchomościami. Zauważymy większą dbałość o postrzeganie poszczególnych marek. Klient, dla którego wyznacznikiem przy wyborze pośrednika przestanie być jego licencja w zasadzie poza rekomendacją traci szanse na odpowiedni dobór pośrednika, który będzie reprezentował go przy transakcji życia. Wielu klientów zapewne trafi do firm znanych, o bogatej tradycji, działających na lokalnych rynkach od dawna, z obawy przed przypadkową obsługą przez pośrednika, który wcześniej nie miał nic wspólnego z obrotem nieruchomościami. Kupujący i sprzedający nieruchomości trafią więc albo do małych rodzinnych firm świetnie radzących sobie na lokalnych rynkach lub też do rozpoznawalnych sieci, w przeświadczeniu, że takowe dbają o utrzymanie pewnego poziomu usług. To pozytywna informacja, bo taka sytuacja będzie mieć też swoje reperkusje w postaci jeszcze większych obowiązków biur nieruchomości wobec odpowiedniego doboru i szkolenia swojej kadry.

Własny Biznes Franchising, 04.2012 r.

Komentarze (0)
Dla klienta liczy się cena
 Oceń wpis
   

Gdyby przeprowadzić ankietę na temat najskuteczniejszych form zainteresowania klientów zakupami mieszkaniowymi na rynku pierwotnym to z pewnością najbardziej pożądane byłyby… rabaty cenowe. Mało kto w obecnych czasach przywiązuje wagę do dodatków serwowanych przez deweloperów – takich jak sprzęt AGD, projekt aranżacji, czy zagraniczna wycieczka. Zresztą raczej niewyobrażalne jest, by dla takiego detalu ktoś mógłby podjąć tak daleko idącą w skutkach decyzję jaką jest zakup mieszkania.

 fot. sxc.hu

W kontekście coraz ostrzejszej polityki banków względem potencjalnych kredytobiorców to co przemawia do wyobraźni klientów to właśnie cena. Niższa cena m kw. to nie tylko możliwość zakupu większego niż planowano mieszkania, możliwość skorzystania (jeszcze) z programu dofinansowania do kredytu – Rodzina na swoim, ale najczęściej po prostu jedyna możliwość zakupu swojego pierwszego M.

Deweloperzy, którzy odczuwają spowolnienie sprzedaży projektów coraz częściej zamiast oferować klientom niespecjalnie atrakcyjne dodatki do zakupu, decydują się na radykalne kroki. Obniżki cen, promocje cenowe, rabaty. Obserwując rynek deweloperski spotykamy się z różnymi sposobami na korygowanie cen katalogowych. Jedni deweloperzy idą na całość obcinając z dnia na dzień ceny ofertowe nawet o tak znaczne kwoty jak 200 tysięcy złotych (tak, tak to nie pomyłka  tylko „akcja promocyjna” jednego z deweloperów realizujących osiedle segmentów). Inni dawkują emocje i nie rezygnują tak szybko z zakładanych zysków przeznaczając do promocji koszyk mieszkań, który z jakichś przyczyn może sprawiać trudności w kolejnych etapach sprzedaży. Dla poszukiwaczy takich nieruchomości (a zazwyczaj chodzi o mieszkania o powierzchni przekraczającej 80 m kw.) to istne eldorado. Już dziś w Warszawie można kupić penthouse o całkiem przyzwoitym rozkładzie za niewiele ponad 5 tys. zł za m kw. Oczywiście nie można w tym przypadku mówić o prestiżowej lokalizacji, ale dla osób które marzą o takim mieszkaniu, a dotychczas nie mogły sobie na to pozwolić otwierają się całkiem nowe możliwości. Nie każdy ma przecież zagwarantowany wjazd windą bezpośrednio do własnego lokalu i basen w zasięgu ręki.

Jeszcze inną formą proponowania rabatów są obniżki towarzyszące targom mieszkaniowym (wielu deweloperów przygotowuje na imprezy targowe specjalne cenniki), czy też otwarte drzwi inwestycji podczas których można liczyć na specjalne ceny. Są też deweloperzy, którzy otwarcie nie komunikują promocji. Nie oznacza to, że nie są otwarci na negocjacje. Klient, który jest poważnie zainteresowany zakupem mieszkania może zazwyczaj wynegocjować korzystne warunki. Jakie? To zależy od dewelopera i rodzaju mieszkania. Nawet w okresie osłabienia koniunktury na rynku trudno oczekiwać satysfakcjonujących rabatów na mieszkania dwupokojowe do 40-50 m kw. Takie lokale sprzedają się w każdych warunkach. Jednak im większy metraż mieszkania możemy liczyć na różnego rodzaju rabaty – raz może to być dodatkowe miejsce postojowe w cenie, innym razem ogródek, a czasem po prostu rabat kwotowy.

Deweloperom zależy szczególnie na sprzedaży tzw. resztówek, czyli pojedynczych lokali, które do tej pory nie zyskały w oczach kupujących na tyle, by któryś z nich zdecydował się na zakup. Mogą to być mieszkania z gorszym rozkładem (2 pokoje na 70 m kw.), słabiej nasłonecznione, z mało atrakcyjnym widokiem z okien. Deweloperzy zdają sobie sprawę z faktu, że mieszkania w jednym budynku  charakteryzują się różnym stopniem atrakcyjności, i zdarza się, że tylko po to by zamknąć w końcu inwestycję (przecież utrzymanie biura sprzedaży i promocja ofert też kosztuje) idą na większe ustępstwa niż wobec wcześniej sprzedanych mieszkań. Więc o ile znajdziemy sposób, by mankamenty lokalu zmienić w jego zalety, pojawia się szansa, by kupić nowe mieszkanie w całkiem dobrej cenie. Nie wszyscy poszukują przecież mieszkań z ekspozycją okien na południowy zachód i widokiem na park.

Komentarz dla Gazety Finansowej
Oferty mieszkań z rynku pierwotnego znajdziesz na www.salondewelopera.pl

Komentarze (1)
Biuro wizytówką firmy
 Oceń wpis
   

Dokonując wyboru biura dla firmy kierujemy się specyfiką prowadzonej działalności i grupą klientów, dla których świadczymy usługi. Siedziba firmy stanowi dla klienta wizytówkę działalności, świadczy o jej wiarygodności, a często także o pozycji firmy na rynku.

Firmy działające na rynku dążą do wykształcenia wśród bliższego i dalszego otoczenia określonego wizerunku. Kreując wizerunek firmy wykorzystują wiele narzędzi, a ich dobór podyktowany jest polityką komunikacyjną firmy. Wybór biura i jego aranżację według przyjętych standardów można zaliczyć do istotnych narzędzi kreowania wizerunku. I to nie wcale wśród własnych klientów, ale także wśród pracowników i zewnętrznych dostawców towarów i usług.

Pokazać się kandydatowi do pracy

 fot. sxc.hu

Polityka rekrutacyjna wielu korporacji przewiduje spotkania z kandydatami na stanowiska menadżerskie wyłącznie w centralach spółek. Nie w oddziałach terenowych, czy specjalnie w tym celu wynajmowanych pomieszczeniach. Nie wynika to wcale z wygody działów HR, ale świadomości, że centrala spółki stanowi najlepszą wizytówkę dla kandydatów do pracy i silny motywator do zatrudnienia. Czy wywieszone na ścianach i eksponowane w kluczowych miejscach biura (recepcja, sala konferencyjna, gabinet prezesa zarządu) wyróżnienia, nagrody, dyplomy mają służyć pracownikom? Po części także, ale w główniej mierze to trofea wystawione na pokaz wszystkim gościom z zewnątrz.

Pierwsza wizytówka dla inwestora

Cele rekrutacyjne są tylko jednym z powodów utrzymywania drogich biur w biurowcach klasy A w centrum miast. Jeszcze ważniejszym jest kreowanie wizerunku wśród grupy potencjalnych inwestorów i udziałowców. W przeddzień pojawiających się w ostatnich latach licznych debiutów spółek na GPW w mediach biznesowych bardzo często pojawiały się wywiady, czy materiały promocyjne dotyczące sylwetek spółek giełdowych. Warto zwrócić uwagę, że w wielu przypadkach poza charakterystyką branży, w której działa spółka oraz jej wynikami finansowymi dziennikarze zwracali uwagę na siedziby przedsiębiorstw poświęcając im zazwyczaj kilka słów. Komentarze te podkreślają prestiż siedziby, albo wręcz przeciwnie – niedbałość o kwestie lokalowe. Dziennikarze ekonomiczni są w tej kwestii świetnymi ekspertami mając bardzo szerokie spektrum porównań. Spółka giełdowa w starym biurze na obrzeżach miasta? To nie do pomyślenia.

Podkreślenie przynależności do grupy

Jednak podstawową kwestią przy wyborze biura jest funkcjonalność dla pracownika i przystępność dla potencjalnych klientów/interesantów. Można zadać sobie pytanie, dlaczego wiele firm wybiera drogie centralne lokalizacje w nowych biurowcach zamiast myśleć bardziej ekonomicznie i zlokalizować siedzibę w mniej prestiżowej okolicy. Odpowiedzią na to pytanie jest świadoma chęć dorównania do grupy firm z którymi nie może być jeszcze porównywana, ale wspólny mianownik może stanowić już dziś adres biura. W przypadku Warszawy najsilniejszym skupiskiem firm z branży finansowej prócz centrum miasta jest Mokotów, np. okolice ulicy Domaniewskiej. Sama lokalizacja biura w jednym z biurowców jest sygnałem przynależności do grupy firm o określonym profilu i pozycjonujących w ten sposób swoją obecność w biznesie.

Gazeta Finansowa, 30.09.2011

Komentarze (0)
Po co sprzedawać, jeśli można zamienić
 Oceń wpis
   

Podstawowa trudność przy zamianie mieszkań polega na dotarciu do potencjalnych osób zainteresowanych zamianą jednego mieszkania na drugie zgodne za założonymi parametrami.
Najłatwiej jest skorzystać z usług pośrednika, choć tak naprawdę niewiele biur posiada w swojej ofercie usługę zamiany mieszkań. Jednak wyspecjalizowany pośrednik posiada w swojej bazie informacje o klientach zainteresowanych zamianą – jako alternatywę do sprzedaży mieszkania. Pośrednik posiadając wiedzę o parametrach możliwej zamiany albo zaproponuje gotowe oferty zamiany, albo przyjmie zlecenie poszukiwania mieszkań do zamiany o wskazanych przez klienta parametrach.

 Wysoki kurs franka wzmaga zainteresowanie
zamianą mieszkań. Foto:sxc.hu

Zamiana mieszkań może być dla wielu rodzin jedyną szansą na realizację marzeń o większym mieszkaniu. W ostatnich latach wielu nabywców mieszkań finansowało zakupy kredytem we frankach szwajcarskich po kursie oscylującym wokół 2 PLN/CHF. Sprzedaż takiego mieszkania – biorąc pod uwagę dzisiejszy kurs franka i spadek wartości nieruchomości, w wielu przypadkach spowodowałby konieczność spłaty zadłużenia przekraczającego uzyskaną cenę za mieszkanie. Przeprowadzając transakcję zamiany mamy szansę na zamieszkanie w większym mieszkaniu, bez potrzeby spłaty kredytu po wysokim kursie franka.

Dokonując zamiany możemy spotykamy się z sytuacją, kiedy jedno z mieszkań jest obciążone hipoteką. Fakt ten nie wyklucza oczywiście zamiany, ale wydłuża całą procedurę. Hipoteka w księdze wieczystej lokalu jest bardzo prawdopodobna, tym bardziej, że większość zakupów było finansowanych kredytem hipotecznym. W przypadku zamiany mieszkania i zmiany właściciela ustanowiona w księdze wieczystej mieszkania hipoteka cały czas obciąża nieruchomość. Wygaśnie dopiero wtedy, kiedy kredytobiorca spłaci wszystkie wierzytelności. Jednak najczęściej – zwykle przy zamianie nieruchomości – jedynym możliwym rozwiązaniem jest przeniesienie istniejącej hipoteki na inną nieruchomość. Do tego potrzebna jest zgoda banku na zmianę formy zabezpieczenia kredytu hipotecznego.

Bank kredytobiorcy za każdym razem przeanalizuje konkretną sytuację, przeprowadzi wycenę nieruchomości na którą ma zostać przeniesiony kredyt. Jeżeli mieszkanie, na które zamieniamy się ma wartość wyższą od tego, na którym ciąży hipoteka nie powinno być problemów z realizacją tego typu transakcji. Takie zabezpieczenie kredytu może być nawet atrakcyjniejsze od dotychczasowego. Problemy mogą pojawić się wtedy, kiedy zamieniamy się na tańsze mieszkanie. W tej sytuacji bank z pewnością będzie oczekiwał dodatkowego zabezpieczenia kredytu lub zwyczajnie nie wyrazi zgody na przeniesienie hipoteki.

Dodatkową kwestią pozostaje ustalenie pomiędzy stronami ew. dopłat związanych z różną wartością zamienianych mieszkań. Zazwyczaj strony dochodzą do porozumienia w tej kwestii i na drodze wzajemnych ustaleń i negocjacji określają wysokość dopłaty. Jeżeli pojawią się trudności w ustaleniu przez strony wartości nieruchomości rozsądnym rozwiązaniem jest zaangażowanie w wycenę rzeczoznawcy majątkowego, który w oparciu o porównywalne transakcje sprzedaży przygotuje wycenę w formie operatu szacunkowego. Będzie to podstawa do ustalenia wysokości dopłaty.

Obecnie zamiany mieszkań są mało popularne. Wynika to braku świadomości istnienia takiej formy obrotu nieruchomościami oraz wyższego niż w przypadku kupna lub sprzedaży nieruchomości stopnia skomplikowania transakcji. Tego typu transakcje będą zdarzać się jednak coraz częściej, a ich popularność będzie rosła wprost proporcjonalnie do pośredników oferujących taką usługę.
 

Komentarze (3)
Apartamenty i 'apartamenty'
 Oceń wpis
   


 Nadal określenie "apartament" jest
stosowane dość dowolnie

Na warszawskim rynku wtórnym, wg statystyk Metrohouse, ok. 2 proc. ofert można zakwalifikować jako spełniające (w mniejszym lub większym stopniu) definicję apartamentu. W przypadku nowych mieszkań można kalkulować, że ok. 4 proc. lokali w prowadzonych inwestycjach kwalifikuje się do segmentu apartamentowego. Całkowita suma ofert do sprzedaży nie jest imponująca, ale i zgłaszany popyt na tego rodzaju nieruchomości kształtuje się na niskim poziomie. Nawet w takich miastach jak Warszawa nie wydaje się, by obecnie grupa docelowa była wyższa niż kilka tysięcy potencjalnych klientów.

W sytuacji wzmożonej konkurencyjności deweloperzy starają się coraz bardziej wzbogacać marketing prowadzonych inwestycji. Zarówno inwestorzy oferujący produkty apartamentowe w centralnych punktach miasta, jak i na jego obrzeżach podkreślają niepowtarzalność obiektu – w sferze projektu architektonicznego, jak i stosowanych rozwiązań i technologii. Częściej niż w przypadku popularnego segmentu inwestycji podkreśla się aspekty związane z bezpieczeństwem budynku – obecność recepcji, elektronicznego systemu dostępu do budynku, monitoringu i ochrony fizycznej. Oferty promowane w doskonale znanych dzielnicach i lokalizacjach w centrum Warszawy bronią się same i nie potrzebują dodatkowego kształtowania w świadomości potencjalnych klientów opinii o wyjątkowości miejsca. W nieco innej sytuacji znajdują się inwestorzy realizujący projekty w miejscach „mniej prestiżowych”, dotąd nie kojarzonych w jako kierunki rozwoju rynku apartamentowego. 

Przy okazji branża ma spory problem w klasyfikacji budynków nazywanych przez inwestora jako apartamenty, a położonych w mniej znanych lokalizacjach. Wspólnym mianownikiem obecnych na rynku definicji apartamentu jest „niepowtarzalna, wyjątkowa, rozpoznawalna lokalizacja”, która ma być podstawą decyzji zakupowych klienta poszukującego do zakupu apartamentu. O ile apartamentami mogą być nazywane projekty realizowane w bliskim sąsiedztwie Starówki, Krakowskiego Przedmieścia, czy Mokotowa, to już nazywanie nimi inwestycji w Rembertowie, czy Nadarzynie – z całym szacunkiem dla tych lokalizacji – jest czasem semantycznym nadużyciem, gdyż nijak się ma do podstawowego założenia przy budowie apartamentów – wybór wyjątkowej lokalizacji.

Dlatego elementy opisu „apartamentów” w „mniej prestiżowych lokalizacjach” zawierają próbę pozycjonowania atrakcyjności rejonu, w którym prowadzone są inwestycje. W ofercie spotkamy się z podkreślaniem walorów przyrodniczych okolicy, ciekawostek krajobrazowych, podkreśla się niewielką skalę projektu, która ma zapewnić poczucie intymności i spokój mieszańcom budynku. Jeśli jest to zaletą, wspomina się również o czasie dojazdu do centrum miasta. Na barkach dewelopera spoczywa ciężka praca związana nie tylko z promocją samej oferty, ale wypracowaniem chęci zamieszkania w okolicy, najczęściej słabo znanej, przez co nie typowanej przez potencjalnych nabywców apartamentu jako wymarzone miejsce do zamieszkania.

Tekst ukazał się w ostatnim wydaniu Gazety Finansowej

Komentarze (0)
Od spekulacji do stagnacji
 Oceń wpis
   

Czytając doniesienia prasowe na temat rodzimego rynku nieruchomości jeszcze trzy, cztery lata temu, w informacjach jawił się obraz niekończącej się sielanki, stabilnego długotrwałego wzrostu cen, nieskończonych możliwości dla inwestorów na rynku mieszkań. Duże wzrosty cen w krótkim okresie czasu, napędzane dodatkowo przez kapitał spekulacyjny, nie wróżyły jednak dobrze rozwojowi rynku. Pierwsze przesłanki ku temu, by sądzić, że wcale nie jest tak kolorowo, pojawiły się w 2007 r., aby rok później uderzyć ze wzmożoną siłą wraz z doniesieniami o kryzysie na światowych rynkach finansowych.

Rynek spekulacyjny
Obecna sytuacja na rynku nieruchomości mieszkaniowych jest następstwem wielu czynników. Niedoceniany, ale bardzo istotny, to pojawienie się na polskim rynku nieznanego dotąd w tej skali kapitału spekulacyjnego. Po wyczerpaniu się możliwości inwestowania w nieruchomości w krajach Europy zachodniej oraz państw basenu Morza Śródziemnego, to właśnie polskie mieszkania obok inwestycji prowadzonych w krajach nadbałtyckich zaczęły być dostrzegane jako doskonały produkt spekulacyjny. Do rodzimych deweloperów w niedługim czasie po akcesji Polski do struktur Unii Europejskiej zaczęli zgłaszać się inwestorzy w postaci funduszy inwestycyjnych lub graczy indywidualnych, zainteresowani zakupami nowobudowanych mieszkań.

Zagraniczni inwestorzy, wzbogaceni doświadczeniami z innych regionów, swoje zainteresowania kierowali przede wszystkim na rynek mieszkań popularnych, które gwarantowały największą stopę zwrotu i były obarczone stosunkowo najmniejszym ryzykiem inwestycyjnym. Tak więc z biur deweloperów znikały głównie mieszkania w granicach 40-60 m kw., budowane w dobrze znanych lokalizacjach lub też miejscach doskonale wypromowanych przez marketingową machinę deweloperów. Zagraniczni inwestorzy w większości nie planowali zagrzać długo miejsca w Polsce. Niewielu z nich decydowało się na inwestycje długoterminowe połączone z remontem, wyposażeniem mieszkania, a następnie jego wynajmowaniem.

 Model inwestowania był bardzo podobny – podpisanie umów przedwstępnych na wybrane produkty mieszkaniowe w rozpoczynanej przez dewelopera inwestycji, a następnie sprzedaż praw do umowy przedwstępnej (cesja praw) na ostatnim etapie inwestycji. Taki sposób inwestowania był o tyle atrakcyjny, że nie wymuszał na podpisującym umowę przedwstępną zapłaty całej kwoty za mieszkanie, ale umożliwiał wejście na rynek bez większego zaangażowania kapitału. Tryumfy święcił system 10/90, gdzie 90 proc. ceny mieszkania było płatne dopiero w momencie podpisania aktu notarialnego.

W początkowej fazie takiego inwestowania model ten sprawdzał się bardzo dobrze. Zagraniczni (choć oczywiście nie tylko) inwestorzy zamykając z sukcesem kolejne transakcje, jednocześnie rozpoczynali następne, jakby wierząc w niekończącą się dobrą passę na rynku mieszkaniowym. Wiara ta była poparta różnego typu analizami dowodzącymi, że w Polsce brakuje 1,5 mln mieszkań.  Ta magiczna liczba stała u podstaw kolejnych decyzji inwestycyjnych także deweloperów.

Skala kapitału spekulacyjnego, ocenianego nawet na 30 procent zawieranych na rynku pierwotnym transakcji była zaskakująca nawet dla firm z branży deweloperskiej. Nawet coraz mniej ciekawe lokalizacje stawały się przedmiotem zainteresowania Irlandczyków, Hiszpanów, czy Amerykanów. Szybkie wzrosty ceny i zbiorowe szaleństwo na rynku nieruchomości doprowadziło do szeregu zmian na polskim rynku nieruchomości.

Od dewelopera, czy z drugiej ręki?

Aktywność inwestorów nabywających mieszkania w pakietach miała swoje drugie dno. W ciągu zaledwie kilku miesięcy inwestorzy, którzy dotychczas byli przyjmowani przez deweloperów z otwartymi rękami, stali się konkurencją. Nabywane przez nich mieszkania w ciągu kilku-kilkunastu miesięcy trafiały na rynek skutecznie blokując i dezorganizując sprzedaż kolejnych etapów inwestycji deweloperów. Co ciekawe, w wielu przypadkach okazywało się, że spekulanci dyktują za swoje mieszkania ceny niższe niż deweloperzy. Było to możliwe, gdyż, po pierwsze – ceny nabywanych pakietowo lokali były niższe niż wartości podawane w cennikach biur sprzedaży deweloperów, a po drugie – deweloperzy kształtując politykę cenową dość często warunkowali cenę m kw. od etapu realizacji robót budowlanych. Tak więc zdarzało się, że pomiędzy zakupem dziury w ziemi, a zakupem gotowego już lokalu w oddanym do użytku budynku istniały dość znacznie różnice cenowe. Dodatkowo, rosnące z kwartału na kwartał ceny mieszkań powodowały pokusę podnoszenia cen.

Zachodni spekulanci potrafili także uprawiać świetny marketing nieruchomości. Kiedy nie udało się przebić z ofertą w gąszczu podobnych na rynku, inwestowali dodatkowe środki w remont mieszkań (podłogi, gładź, wyposażenie łazienki i kuchni). To dodawało atrakcyjności mieszkaniom i wyróżniało je na tle ofert w stanie deweloperskim. Nie trzeba dodawać, że takie właśnie oferty były chętnie wybierane przez nabywców.

Nie wszystkie jednak zakupy inwestycyjne pozwoliły na osiągnięcie oczekiwanej wysokiej stopy zwrotu. Wzrosty cen, a co za  tym idzie, spadek siły nabywczej potencjalnego nabywcy mieszkania, przełożył się na zmianę preferencji zakupowych. Duże problemy ze znalezieniem nabywcy na mieszkanie miały osoby, które zainwestowały w lokale duże, o podwyższonym standardzie, także w apartamenty. Okazało się, że nie każdy i nie zawsze może dokonywać trafnych wyborów na rynku nieruchomości. Liczba bannerów znajdujących się na nowych budynkach, z informacją o możliwości nabycia mieszkania była niemym świadkiem tego, co miało dopiero nadejść: załamania sprzedaży będącego wynikiem zmiany polityki kredytowej banków w następstwie sytuacji na światowych rynkach finansowych.

Bańka pękła
Działalność kapitału spekulacyjnego miała istotny wpływ na załamanie na rynku nieruchomości mieszkaniowych nie tylko w Polsce, ale kilka lat wcześniej także w Hiszpanii, a także nie tak dawno w krajach nadbałtyckich. W Polsce wzrosty cen lokali mieszkalnych w skali nawet ponad stu kilkudziesięciu procent nie miały odzwierciedlenia w tempie wzrostowym polskiej gospodarki, ani (nawet pomimo odnotowywanych podwyżek) we wzroście kosztów inwestycji, czy też skokowym wzroście zamożności przeciętnego nabywcy mieszkania. Szacujemy, że ceny nieruchomości mieszkaniowych w Polsce spadły od 15 do ponad 30 proc. w stosunku do szczytu cenowego z 2007 r. To i tak niewiele mając na uwadze sytuację kryzysową zapoczątkowaną w ostatnim kwartale 2008 r., kiedy banki silnie ograniczyły (a nawet czasowo wstrzymały) akcję kredytową dla rynku nieruchomości. Dość szybka reakcja deweloperów, cięcie kosztów, polityka powrotu do negocjacji cen i liczne upusty uchroniły wielu graczy na rynku deweloperskim od utraty płynności finansowej.

Obecnie od kilkunastu miesięcy obserwujemy stabilizację cen mieszkań. Czy jest ona zapowiedzią powrotu trendu wzrostowego? W najbliższych miesiącach jest to mało realne, choć coraz częściej na rynku pierwotnym odnotowuje się braki w segmencie mieszkań popularnych, najczęściej nabywanych przez kupujących. Rzadko mówi się o rynku wtórnym, a duża podaż mieszkań używanych jest naturalnym buforem normalizującym sytuację na rynku mieszkaniowym.

Mariusz Kania, prezes Metrohouse S.A.
Marcin Jańczuk

Artykuł ukazał się w wakacyjnym numerze dwumiesięcznika Portfel.pl

Komentarze (0)
Czy ceny popłyną?
 Oceń wpis
   

Przepływająca dwukrotnie przez Warszawę fala powodziowa zmusiła kupujących do wzięcia pod uwagę jeszcze jednego, ważnego czynnika zakupowego. Teraz do serii pytań dołączanych pośrednikowi lub właścicielowi mieszkania dopisują kwestie dotyczące niebezpieczeństw związanych z bliskością zbiorników wodnych. Kupujący dmuchają na zimne. Przykład leniwie płynącej w Piasecznie rzeki o wdzięcznej nazwie Perełka, która dała się we znaki mieszkańcom okolicznych osiedli, pokazuje, że właściwie nie należy lekceważyć żadnego cieku wodnego. Tym bardziej teraz, kiedy anomalia pogodowe zdarzają się coraz częściej.

 

 Ostatnia powódź może mieć wpływ na ceny
nieruchomości na terenach zalewowych

Oferenci wystawiający swoje mieszkania i domy w rejonach oznaczonych na mapach urzędu miasta jako zalewowe przeżywają ciężkie chwile. W ofertach przestają eksponować bliskość do jeziora, czy rzeki. Nie można powiedzieć o znaczącym spadku zainteresowania zakupem nieruchomości w Wawrze, Wilanowie, czy Białołęce, jednakże kupujący podchodzą do niektórych rejonów z większą ostrożnością. Pomijając pojedyncze wyjątki, na razie nie zauważa się istotnych korekt cen wystawionych do sprzedaży nieruchomości. Takowe być może pojawią się dopiero po bezskutecznej ekspozycji oferty przez kolejne miesiące.

Można przewidywać, że w kolejnych kilku-kilkunastu miesiącach temat związany z powodzią będzie obecny przy wyborze nieruchomości do zakupu. Później z pewnością kwestie te będą marginalizowane. Aż do następnych sytuacji kryzysowych…

Zapraszam do wzięcia udziału w ankiecie na temat terenów zalewowych na stronie www.metrohouse.pl

Komentarze (0)
Działka rekreacyjna jako inwestycja?
 Oceń wpis
   

Działka rekreacyjna czasem może
być postrzegana w kontekście inwestycyjnym

W ostatnim czasie sporo uwagi poświęca się zakupom działek przeznaczonych na cele rekreacyjne. Możliwość wyjazdu na weekend do malowniczo położonej miejscowości z dala od zgniłku miasta staje się marzeniem wielu Polaków, którzy coraz częściej decydują się na poszukiwania i zakup tego typu nieruchomości. Czy tego typu zakup można rozpatrywać także w kategoriach inwestycyjnych?

Zakup działki rekreacyjnej, bądź też zwykłego kawałka ziemi rolnej nad jeziorem, czy w otulinie puszczy, albo wśród krajobrazu pól i łąk to zazwyczaj subiektywny wybór odzwierciedlający osobiste gusta, umiłowanie do natury lub danej okolicy. Jednak każdy zakup nieruchomości niesie za sobą także pewien pierwiastek inwestycyjny. O ile w przypadku mieszkania możliwość wyliczenia najbardziej prawdopodobnej stopy zwrotu uwiarygodnia inwestycję i pozwala na skalkulowanie jej rentowności, o tyle nabywając działkę rekreacyjną nie jest łatwo (o ile to w ogóle możliwe) określić potencjalną wartość inwestycyjną. Informacje na temat transakcji sprzedaży działek rekreacyjnych (najczęściej dokonywane bezpośrednio między stronami) są bardzo ograniczone. Nikt, może poza rzeczoznawcami majątkowymi, nie zbiera tego typu danych, nikt ich nie analizuje i nie są prowadzone analizy tego sektora rynku, nie jest znana wielkość podaży i popytu. Bez tych danych trudno profesjonalnie podejść do traktowania działek rekreacyjnych jako produktu inwestycyjnego.

Jednak zaletą zakupu kawałku gruntu rolnego z przeznaczeniem na działkę rekreacyjną może być, obok stabilnego wzrostu cen ziemi, także wzrost wartości działki jako następstwo czynionych na niej inwestycji. Ogrodzenie, nasadzenia, aranżacja przestrzeni działki, media, nieruchomości – to wszystko wpływa na wzrost wartości działki. Poczynione inwestycje po kilku latach spowodują, że niedoceniany wcześniej kawałek gruntu kupiony po atrakcyjnej cenie staje się ciekawym produktem do sprzedaży. To oczywiście teoria. Tylko wyjątkowe sytuacje zmuszają właścicieli działek rekreacyjnych do ich sprzedaży w kilka lat po nabyciu.

Nie są mi znane przypadki osób, które budują swój portfel inwestycyjny wyłącznie przez nabywanie działek rekreacyjnych. Byłoby to sporą ekstrawagancją, żeby nie powiedzieć lekkomyślnością. Jednak pojawiają się klienci traktujący zakup pojedynczej działki w kategoriach czysto inwestycyjnych. Działki rekreacyjne są pewnie dla nich ciekawym urozmaiceniem portfela nieruchomości.

O ile jednym z podstawowych czynników zachęcającym do inwestowania na rynku mieszkaniowym jest atrakcyjna cena m kw. lokalu, to w przypadku działek przeznaczonych pod rekreację niska cena może być szalenie złudna. Co nam po kupionej po niewielkie pieniądze „działce rekreacyjnej”, której jedyna atrakcyjność polega na lokalizacji na terenach słabo zurbanizowanych. Na części potencjalnych nabywców robią wrażenie określenia z oferty, tj. „świeże powietrze”, czy „cisza i spokój”. Najczęściej oznacza to, że oprócz niewątpliwych wartości krajobrazowych, okolica nie ma do zaoferowania nic więcej. Dlatego inwestując w zakup działki rekreacyjnej z pomysłem na jej sprzedaż w następnych kilku-kilkunastu latach należy brać pod uwagę przede wszystkim atrakcyjność turystyczną okolic, możliwość zróżnicowanych form rekreacji, planowany rozwój infrastruktury i stopień rozpoznawalności okolicy. To konieczne warunki, aby myśleć o stabilnym wzroście jej wartości.

M.Jańczuk (dla Gazety Finansowej)

Zapraszam też:

Działki Rekreacyjne w TVN CNBC Biznes

 

 

Komentarze (0)
Na targach nieruchomości powiało optymizmem
 Oceń wpis
   

Cała branża z utęsknieniem oczekuje na ożywienie na rynku  nieruchomości, który dość boleśnie odczuł skutki zaostrzenia polityki kredytowej banków. Nastroje deweloperów polepszyły pierwsze w tym roku targi mieszkań zorganizowane na Torwarze przez Nowy Adres. Okazało się, że chętnych do obejrzenia oferty deweloperów i biur nieruchomości było tak wielu, że tworzyły się długie kolejki do kas, a na prelekcje zaproszonych specjalistów donoszono w trybie awaryjnym krzesła. Chyba nawet najwięksi optymiści nie przewidywali aż takiej frekwencji.

Nasuwają się pytania – czy to pierwsza oznaka ożywienia na rynku mieszkań?  Dlaczego w sytuacji, kiedy słowo „kryzys” odmieniane jest przez wszystkie przypadki, potencjalne zainteresowanie zakupem mieszkań utrzymuje się na tak wysokim poziomie? Przyczyną tak dużego zainteresowania ofertą mieszkaniową jest właśnie utrzymujący się zastój na rynku, który spowodował, że deweloperzy są skłonni do coraz większych ustępstw cenowych, a na rynku wtórnym pojawiają się tzw. okazje, o które było tak trudno podczas boomu na rynku nieruchomości. Obecny stan rynku można zawrzeć w jednym słowie „wyprzedaż”. Za kwotę ok. 220-230 tys. zł można już kupić w Warszawie dwupokojowe mieszkanie (Białołęka, Targówek) dodatkowo dostając wsparcie w spłacie kredytu w ramach programu Rodzina na swoim. Nadeszły więc dobre czasy dla nabywców mieszkań.

Odwiedzający targi najczęściej poszukiwali mieszkań z najniższego segmentu cenowego – zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Jednocześnie próbowali znaleźć satysfakcjonującą ofertę sfinansowania zakupu za pomocą kredytu. Najbardziej atrakcyjną opcją jest kredyt z rządowymi dopłatami, jednak wyłączenie z programu singli znacznie zawęża grupę potencjalnych zainteresowanych. Szum medialny wokół rządowego programu dopłat do kredytów sprawił, że hasło „Rodzina na swoim” było wszechobecne na niemal każdym stoisku wystawców zwiększając wyraźnie zainteresowanie ofertą.

Wśród zainteresowanych zakupem mieszkania widać jednak pewną dozę niepewności. Z jednej strony mają szeroki wybór ofert i spadające ceny, z drugiej strony obawy, czy to ten moment, w którym warto dokonać zakupu. Nikt nie przewidział kryzysu w branży i nikt nie potrafi z pełnym przekonaniem wyznaczyć prognoz dla rynku nieruchomości. Jedno jest pewne – tak tanio już dawno nie było.

Komentarz dla GP, 20.02.2009 r.

Komentarze (0)
Spadajcie ceny, spadajcie!
 Oceń wpis
   

Nie jest niczym odkrywczym pisać kolejny tekst na temat sytuacji w branży nieruchomości. To, że mamy zastój na rynku nieruchomości wiedzą chyba wszyscy. Powiedziano i napisano już wiele na ten temat. Na zastoju tracą:

•    potencjalni nabywcy (chcą kupić, ale mają problemy z pozyskaniem kredytu, a jeśli już go dostaną warunki kredytowania nie należą do satysfakcjonujących)
•    sprzedający (chcą sprzedać, obniżają ceny, a z dnia na dzień podaż jest coraz większa, wstrzymują się z kolejnymi zakupami na rynku nieruchomości)
•    deweloperzy (bardzo chcą sprzedać, stosują liczne upusty i promocje, ale cóż z tego skoro ceny nadal są wysokie, a większość klientów nawet gdyby chciała nie dostanie kredytu)
•    generalni wykonawcy i podwykonawcy (kończą się ich złote czasy, gdy każdy kolejny kontrakt wiązał się z wyższymi stawkami – zaczynają mieć kłopoty z pozyskiwaniem następnych zleceń, nawet mimo upustów).

Poszkodowanych obecną sytuacją jest wiele innych grup zawodowych, które zamiast rozwijać skrzydła tną koszty oczekując powrotu lepszej koniunktury.

Ciekawą obserwacją jest analiza pierwszych wyników ankiety Metrohouse ze strony www.metrohouse.pl, gdzie zapytaliśmy Internautów: „Co może ożywić rynek nieruchomości?” Obserwując kształtowanie się wyników w połowie grudnia aż 76% ankietowanych podaje dwie odpowiedzi: rozluźnienie polityki kredytowej banków (40%) i spadki cen nieruchomości (36%).

Z pewnością tego typu ankiety z racji swojej prostej metodologii nie mogą być brane pod uwagę przy badaniu określonych trendów na rynku, jednak uzyskane odpowiedzi są symptomatyczne. Odzwierciedlają dwa typy oczekiwań nabywców nieruchomości. Najliczniejsza grupa oczekuje zbawiennej w skutkach poprawy sytuacji na rynku kredytów hipotecznych. Na to raczej nie ma co liczyć. W sytuacji, gdy banki nie ufają samym sobie, tym bardziej nie zaufają zmiennej sytuacji na rynku nieruchomości i klientom, którzy często zupełnie nieświadomie nabywają przeszacowane nieruchomości. Era kredytów we frankach też minęła już bezpowrotnie, a coraz częściej wspominany program „Rodzina na swoim”, choć słuszny w założeniu, lokomotywą rynku kredytowego na pewno nie będzie. Chyba, że do wąskiej grupy uprawnionych do korzystania z programu Prezydent dołączy singli, którzy choć nie tworzą rodziny w znaczeniu słownikowym, są w rzeczywistości jednoosobowymi gospodarstwami i też chcą gdzieś mieszkać…

W czym upatrywać zatem ożywienia rynku? Duża grupa Internautów twierdzi, że mogą to być spadki cen nieruchomości. Niemal z całkowitą pewnością można powiedzieć, że 2009 r. minie właśnie pod znakiem spadków. Spadki mogą być bodźcem do ożywienia rynku, bo większość cen mieszkań jest jeszcze oderwana od rzeczywistości. Ponadto korekta będzie naturalnym katalizatorem, który oczyści (na początku jedynie częściowo) rynek z ofert zgłaszanych w cenach będących jedynie odzwierciedleniem wyolbrzymionych żądań cenowych sprzedających. Jednak skali spadków nikt nie jest w stanie ocenić. Tak, czy inaczej rok 2009 zapowiada się ciekawie.

Życzę pomyślnego roku dla wszystkich uczestników rynku nieruchomości.

Dla nabywców: niskich cen

Dla sprzedających: szybkich transakcji

Dla deweloperów: wysokich przedsprzedaży

Dla pośredników: obrotów, obrotów i raz jeszcze obrotów

Dla budowlańców: zleceń bez liku.
 

Dla: Notowania - C.H. Beck Nieruchomości I 2009 r.

Komentarze (0)
1 | 2 |